Majorka 2020 - wspaniała wyprawa w oparach surrealizmu
- dzień 1
A kogo tu nie było...
W zasadzie to wcale nie wybierałam się na Majorkę. Miałam opłaconą fajną wyprawę objazdową po Rodos i różnych fajnych miejscach w południowej Turcji, gdzie mnie jeszcze nie było, ale w wyniku pseudopandemicznego szaleństwa wyprawę odwołano i trzeba było na szybko zobaczyć, gdzie jeszcze latają...No i padło na Majorkę. Syn, z którym chętnie podróżuję miał zaplanowany z okazji Rodos urop, więc na szybko zmieniliśmy plany i hop, lądujemy na największej wyspie Balearów, czyli na Majorce. Jest piękny październik, ciepło ale nie upalnie, słonecznie i pozytywnie. Trochę jakby pusto, a nawet bardzo, ale za to ceny... za cały tydzień wypożyczenia samochodu 99 euro, za fajny hotelik tez niewiele, w sumie bajka... O pierwszym wieczorze nie ma co mówić bo wylądowaliśmy w ostatnich promieniach dnia, a zanim dojechaliśmy na przeciwległy koniec wyspy do Can Picaford, to już była ciemna noc... Jeszcze mapy Googla poprowadziły nas jakąś dziwną poboczną drogą, więc mieliśmy trochę dosyć wszystkiego... Za to ranek pogodny, śnadanie dobre. Przy śnadaniu przyglądałam się z podziwem tańcowi z maskami, który wykonywali niektórzy goście hotelowi, pilnie zakładając szmatę wielokrotnego użytku aby pójść po kawę, ciastko, bułkę i za 10 sekund ją zdjąć, i tak na okrągło... podziwu godne, o logice nie wspominając... My wyruszyliśmy w kierunku Alcudii, naszego pierwszego celu. Miasto to zostało założone przez Rzymian w 123 r. pne, zaraz po zajęciu przez nich Balearów. A kogo to przedtem już tu nie było? Już ok. 1000 r. pne zaglądali tam Fenicjanie, potem odkryli wyspy Grecy. To im właśnie zawdzięczamy nazwę Balearów, od słowa ballein, czyli strzelać z procy. Nam może się wydawać, iż proca to żadna groźna broń, ale starożytni byli innego zdania, a procarze z Balearów słynęli ze swoich umiejętności i wojowali pod egidą Kartagińczyków, którzy panowali nad wyspami przez pięć stuleci, a potem pod orłami Rzymian przez następne wieki. Ich umiejętności obawiali się nawet zakuci w solidne zbroje katafrakci (ciężk jazda) imperium Perskiego. Co mógł zrobić procarz takiemu starożytnemu czołgowi? A jednak... procarze ciskali nie tylko kamieni , ale także pociski ołowiane, które potrafiły przebić najlepszy pancerz i zgruchotać kości. Taki starożytny muszkiet... Hannibal idąc na Rzym miał ze sobą 2000 procarzy i okazali się oni bardzo skuteczni... Stąd po pokonaniu Kartaginy Rzym bardzo chętnie zagarnął Baleary i wprowadził tu swoje rządy. Powstały wtedy pierwsze miasta na Majorce, właśnie Alcudia (zwana wtedy Pollentia) i Palmaria, czyli obecna Palma de Mallorca. Zabawne jest, że istnieją na wyspie także miasto Pollenca jak też Port de Pollenca. Ich nazwa jest bezpośrednio związana ze starożytną rzymską Pollentią, chociaż leżą w pewnej odległości od niej, a ona sama przetrwała, choć pod inną nazwą... O Pollence będzie zresztą jeszcze mowa... Po Rzymianach przyszli Wandalowie, i zgodnie ze swoją sławą, pozostawili po sobie głównie ruiny, stąd też kolejni zdobywcy, Arabowie - założyli osadę pod zupełnie inną nazwą, jako Al-Kudia (Na Wzgórzu). Potem przyszła rekonkwista i odbudowane miasto otoczono nowymi murami, które jeszcze później w wieku XVI i XIX przebudowywano, dokładając do nich potężne bastiony. I dziś można się po tych murach przejść prwie na całej długości, a otoczone nimi miasteczko zachowało wiele ze swego uroku i pięknej architektury. Poza murami odkopano pozostałości starożytnej Pollentii - można zobaczyć mały teatr jak też fragmenty struktury miejskiej, ale chociaż kocham wszystko, co rzymskie, to tu dałam sobie spokój... Nad całą starówką góruje Iglesia de Sant Jaume (Kościół Św. Jakuba), którego początki sięgają XIV w, gdy oprócz funkcji kościelnych pełnił równiez rolę wieży obserwacyjnej, będąc bezpośrednio wbudowanym w miejskie mury. Jego obecna forma pochodzi z XIX w. gdy po zawaleniu się znacznej części budowli podniesiono go z ruin w stylu neo-gotyckim, wracając do korzeni. Niestety do środka nie udało nam się zajrzeć. Alcudia ma też piękny ratusz z okresu renesansu, wiele ciekawych domów zachowanych w oryginalnej formie. Najbardziej zapamiętałam jednak niesamowity klimat, jaki nam towarzyszył, owo tchnienie surrealizmu, gdy krążyliśmy po całkowicie pustych uliczkach, jakby wszystkich na prawdę wymiotła zaraza, a ich prochy już się na wietrze rozsypały. Czasami miałam wrażenie, że przemierzam miasto z wszechświata równoległego...
Pięknie zachowane mury obronne wraz z bramami wjazdowymi, wieżami i znacznie późniejszymi bastionami.
Pusto wszędzie, cicho wszędzie, co to będzie? co to będzie?
Tu jest jeden człowiek - to mój towarzysz podróży, prywatnie mój syn.
Z Alcudii wyruszyliśmy piękną drogą na półwysep Formentor, najdalej na północ wysunięty skrawek Majorki. Krajobrazy zachwycające, a na samym końcu pięknie położona latarnia morska. Było na co popatrzeć, w latarnii nawet była otwarta restauracyjka, więc można było usiąść przy kawie, odetchnąć i przez chwilę oddać się kontemplacji.
Droga niczego sobie, a te widoki...
Dawna wieża obserwacyjna w oddali...
Wieją tu stałe i mocne wiatry, więc drzewa rosną pod zaiste dziwnymi kątami...
Popołudnie postanowiliśmy spędzić w owej wspominanej wyżej Pollence, miasteczku z kamienia u podnóża Gór Tramuntana, słynącym z 365 stopni wiodących do Kalwarii. Nie jest to jedyny godny uwagi zabytek. W centrum, przy głównym placu jest piękny kościół Nostra Senyora dels Angeles, zbudowany tu jeszcze przez templariuszy, z wysoką dzwonnicą z zegarem na szczycie, a wokół nie brakuje ciekawych, zadbanych starych domów... Na północ stoi chyba jedyny tak dobrze zachowny na wyspie most rzymski...
W Pollence nie odczuwało się też owego powiewu surrealizmu, gdyż było tam nawet dość sporo ludzi... zarówno miejscowych, jak i turystów...
,
To drzewo też pamięta wiele, wiele stuleci...
No to w górę marsz...
A z góry widok wspaniały...
Na samym szczycie stoi barokowa kaplica kalwaryjna z końca XVIII w.
Wnętrze jest bardzo proste, wręcz ascetyczne.
Na dole już jest centralny plac Plaza Mayor i wspomniany kościół Pani Aniołów z dzwonnicą.
A oto i sam Plaza Mayor
I zaułki dookoła placu...
Zbudowali go w XIII w. Templariusze, którzy otrzymali liczne nadania ziemskie w tej okolicy jako wyraz wdzięczności króla Jaume I za pomoc udzieloną przez zakon w odzyskaniiu Balearów. Potężną dzwonnicę dodano w XV w. Sam kościół uległ na przestrzeni wieków wielu przebudowom, wnętrze najwięcej zawdzięcza epoce późnego baroku (XVIII w). W tym stylu jest zarówno główny ołtarz, jak też ołtarze poboczne .
Dawna wieża obserwacyjna w oddali...
Wieją tu stałe i mocne wiatry, więc drzewa rosną pod zaiste dziwnymi kątami...
Popołudnie postanowiliśmy spędzić w owej wspominanej wyżej Pollence, miasteczku z kamienia u podnóża Gór Tramuntana, słynącym z 365 stopni wiodących do Kalwarii. Nie jest to jedyny godny uwagi zabytek. W centrum, przy głównym placu jest piękny kościół Nostra Senyora dels Angeles, zbudowany tu jeszcze przez templariuszy, z wysoką dzwonnicą z zegarem na szczycie, a wokół nie brakuje ciekawych, zadbanych starych domów...
Na północ stoi chyba jedyny tak dobrze zachowny na wyspie most rzymski...
W Pollence nie odczuwało się też owego powiewu surrealizmu, gdyż było tam nawet dość sporo ludzi... zarówno miejscowych, jak i turystów...
,
To drzewo też pamięta wiele, wiele stuleci...
No to w górę marsz...
A z góry widok wspaniały...
Na samym szczycie stoi barokowa kaplica kalwaryjna z końca XVIII w.
Wnętrze jest bardzo proste, wręcz ascetyczne.
Na dole już jest centralny plac Plaza Mayor i wspomniany kościół Pani Aniołów z dzwonnicą.
A oto i sam Plaza Mayor
Zbudowali go w XIII w. Templariusze, którzy otrzymali liczne nadania ziemskie w tej okolicy jako wyraz wdzięczności króla Jaume I za pomoc udzieloną przez zakon w odzyskaniiu Balearów. Potężną dzwonnicę dodano w XV w. Sam kościół uległ na przestrzeni wieków wielu przebudowom, wnętrze najwięcej zawdzięcza epoce późnego baroku (XVIII w). W tym stylu jest zarówno główny ołtarz, jak też ołtarze poboczne .
Majorka 2020 - wspaniała wyprawa w oparach surrealizmu - dzień 2
W stronę stolicy
Do stolicy, Palma de Mallorca, musimy przejechać całą wyspę. W sumie daleko to to nie jest, raptem ok. godziny jazdy. No to w drogę i niekoniecznie główną trasą...Po drodze zaglądamy do Santa Margalida, jednego z tych pięknych miasteczek gdzie czas nie pędzi a przy okazji można tam obejrzeć piękne stare wiatraki. Miejscowość była zamieszkana w czasach wcześniejszych, ale do historii pod obecną nazwą wkroczyła po rekonkwiście, gdy miasteczko poświęcono św. Małgorzacie (po katlońsku Santa Margalida) i w jego centrum rozpoczęto budowę kościoła (XIII w). Dziś jego prosta, surowa bryła góruje nad okolica i jest z dala widoczna. Oprócz kościoła i wiatraków możemy zobaczyć piękne kamienne domy, liczące sobie nierzadko kilkaset lat. Warto tam zajrzeć aby zaczerpnąć haust autentyczności i wtopić się na moment w rzekę czasu, której nurt tam nie jest zbyt wartki....
Stamtąd podążyliśmy zobaczyć wspaniały zamek Castell de Belver tuż obok stolicy. Jest to pradziwe dzieło, zamek jakich bardzo niewiele - albowiem jest on zbudowany na planie koła. Położona na szczycie 112 m wzniesienia fortyfikacja jest królestwem koła, na zewnątrz, wewnątrz, ma również 4 okrągłe wieże, z których 3 są włączone w główny korpus a jedną łączy z zamkiem mostek. To prawdziwe arcydzieło sztuki budowlanej powstało na początku XIV w., za panowania króla Jaume (Jakuba) II jako obiekt nie tylko obronny ale również pałacowy. Inspiracją dla niego była starożytna twierdza Herodion z 15 r pne, zbudowana na planie koła i wyposażona w 4 wieże. Dwukrotnie w XIV w. oparł się wrogowi, ale w późniejszych wiekach przestał pełnić funkcje obronne. Już w końcu XIV w. pełnił funkcję więzienia dla wysoko postawionych osobistości, którym nie po drodze było ze zwycięską władzą (Majorka utraciła status niezależnego królestwa i weszła w skład Królestwa Aragonii). W późniejszych stuleciach w jego murach było więzionych wielu znaczących opozycjonistów.
Niedaleko - stolica Palma de Mallorca.
Akurat za naszej bytności na parterze była wystawa rzeźb rzymskich z terenu Balearów. Dla nas dodatkowa wisienka na torcie.
Był też posąg Juliusza Cezara, a jakże...
A jak Cezar, to i August musi być, tu jako Mars...
Herkulesa również nie zabrakło...
Do dawnej Galii też stosunkowo blisko - więc jest i Gal.
... a także Eskulap... ,
.... i Wenus...
Nie zabrakło też pięknych starożytnych kolumn, kamień o na prawdę wielkiej urodzie ...
Most łączący korpus zamku z główną wieżą obronną.
I sama wieża..
Fosa dookoła w pięknych łukach...
Plan zamku.
Na zdjęcie na tle wejścia i głównej wieży załapałam się i ja...
Samo wzgórze zamkowe otoczone jest wspaniałą przyrodą. Tu na szczęście nie było zakazu wchodzenia do lasu, chociaż podczas podejścia przez las nie spotkaliśmy żywego ducha, koło zamku już parę osób było...
A teraz czas na stolicę... Wiedzieliśmy, że jeszcze raz tu zawitamy, bo na jeden haust nie da się starego miasta w Palmie łyknąć, więc ograniczyliśmy się do Pałacu Królewskiego, Katedry i przechadzki po wybrzeżu. Korzenie tej króleskiej siedziby są głębokie i sięgają (a jakże) epoki panowania rzymskiego na wyspie. Przez wiele setek lat rzymska twierdza strzegła portu i wyspy, po zajęciu jej przez Arabów została przebudowana na ufortyfikowany pałac, a po rekonkwiście król Jaime II w 1309 r. przebudował go na królewską rezydencję na wzór pałacu w Perpignan. O arabskiej przeszłości przypomina nazwa La Almudaina, co oznacza cytadelę poza murami miasta. Górne piętro dobudowano dwa wieki później. Wnętrza ze wspaniałymi arrasami, gotycka kaplica, sala tronowa, dziedziniec z podcieniami... jest co oglądać, nie wspominając juz o pięknych o każdej porze roku ogrodach wokół budowli. Na szczęście budowla zachowała wiele ze swojej surowości i nie uległa zepsuciu przez przebudowy w późniejszych stylach... No i ten widok na morze... Pałac do dziś pełni funkcję królewskiej rezydencji letniej.
Czyż to nie piękny hełm?
Pięknie zachowane oryginalne stropy, jak również średniowieczne freski..
Gotycka kaplica św. Anny
Portal prowadzący do kaplicy pałacowej.
Piękne wnętrze kaplicy i jej rozeta.
Widok na katedrę, mieszczącą się zaraz obok.
I już przy bramie zewnętrznej..
I teraz krótki marsz do katedry...
Budowa katedry NMP rozpoczęła się zaraz po rekonkwiście na miejscu meczetu 1229 r. ale ostatecznie ukończono ją aż w 1601 r. ! Jej wspaniała gotycka bryła góruje nad całym wybrzeżem i robi zdecydowanie większe wybrzeże niż surowy w swoim stylu pałac. Jest rzeczywiście imponująca, a wysokość nawy głównej (44 m) przewyższa katedrę Notre Dame w Paryżu czy katedrę w Reims, ustępując tylko najwyższej katedrze we francuskim Beauvais. Jest więc na co popatrzeć. Dla miłośników architektury może też być interesujące, że w pracach przy restauracji katedry brał udział w latach 1901 - 1914 Gaudi i można to we wnętrzu dostrzec.
Katedra w promieniach zachodzącego słońca...
i w ciągu dnia...
Widok katedry od "tyłu" też robi wrażenie.
Boczny, zamknięty portal.
Główny portal też zresztą był zamknięty i wchodzi się od boku, od strony dziedzińca, który sam w sobie jest wart uwagi.
Pięknie brukowany dziedziniec przed wejściem.
Widok na dzwonnicę i bok katedry. Tu, u podstawy dzwonnicy wchodzi się do środka.
Sam głóny portal jest wielkiej urody, ale trudno go dobrze uchwycić na zdjęciu, ze względu na niewielką odległość dzielącą katedrę od murów pałacu.
Górna część, łuki podporowe, wieże przypominają koronkę...
A na samym szczycie statua NMP.
Piękny dziedziniec łączący katedrę w dawnym pałacem biskupim.
Wejście od strony wewnętrznego dziedzińca.
Zaraz przy wejściu rzuciła mi sie w oczy pełna gracji XIV w. figura Matki z Dzieciątkiem.
Nie brakuje także przykładów prawdziwej sztuki rzeźby w kamieniu.
Czy też przykładów mistrzostwa złotników.
Ta kaplica, będąca obecnie częścią wystawy eksponatów z skarbca katedralnego zachwyciła mnie swoim sklepieniem.
A tu kolejna, tym razem barokowa, piękność.
We wnętrzu katedry w Palma de Mallorca widziałam chyba najpiękniejsza grę świateł...
Tuż przy głównym ołtarzu są dwie kryte galerie pięknie dla osób, które nie powinny być "na widoku", prawdopodobnie dla zakonnic.
Chrzcielnica...
Główne wejście od środka.
I znacznie skromniejszy portal boczny w stylu klasycyzmu.
Co rzadko mi się zdarza moją uwagę przykuła też wspóczesna kaplica Najświętszego Sakramentu, dzieło artysty z Majorki, Miguela Barcelo.
Jeszcze jedno współczesne dzieło zatrzymało mnie w wędrówce - obraz ukrzyżowania.
A oto i baldachim, korona cierniowa, nad głównym ołtarzem, zaprojektowany przez Gaudiego.
A na zakończenie subiektywnej wędrówki, dwa szkielecior z talentami alpinistów.
Na koniec dodam, że katedra jest także miejscem spoczynku pierwszego króla Majorki, który dokonał jej rekonkwisty Jaume II i jego następcy Jaume III. Są one jednak dla publiczności niedostępne.
I tak dobrą kolacją w Can Picafort zakończył się pełen wrażeń dzień drugi. Następnego dnia wyruszamy w góry !
Niedaleko - stolica Palma de Mallorca.
Akurat za naszej bytności na parterze była wystawa rzeźb rzymskich z terenu Balearów.
Dla nas dodatkowa wisienka na torcie.
Był też posąg Juliusza Cezara, a jakże...
A jak Cezar, to i August musi być, tu jako Mars...
Herkulesa również nie zabrakło...
Do dawnej Galii też stosunkowo blisko - więc jest i Gal.
... a także Eskulap...
,
.... i Wenus...
Nie zabrakło też pięknych starożytnych kolumn, kamień o na prawdę wielkiej urodzie ...
Most łączący korpus zamku z główną wieżą obronną.
Fosa dookoła w pięknych łukach...
Plan zamku.
Na zdjęcie na tle wejścia i głównej wieży załapałam się i ja...
Samo wzgórze zamkowe otoczone jest wspaniałą przyrodą. Tu na szczęście nie było zakazu wchodzenia do lasu, chociaż podczas podejścia przez las nie spotkaliśmy żywego ducha, koło zamku już parę osób było...
A teraz czas na stolicę...
Wiedzieliśmy, że jeszcze raz tu zawitamy, bo na jeden haust nie da się starego miasta w Palmie łyknąć, więc ograniczyliśmy się do Pałacu Królewskiego, Katedry i przechadzki po wybrzeżu.
Korzenie tej króleskiej siedziby są głębokie i sięgają (a jakże) epoki panowania rzymskiego na wyspie. Przez wiele setek lat rzymska twierdza strzegła portu i wyspy, po zajęciu jej przez Arabów została przebudowana na ufortyfikowany pałac, a po rekonkwiście król Jaime II w 1309 r. przebudował go na królewską rezydencję na wzór pałacu w Perpignan.
O arabskiej przeszłości przypomina nazwa La Almudaina, co oznacza cytadelę poza murami miasta.
Górne piętro dobudowano dwa wieki później.
Wnętrza ze wspaniałymi arrasami, gotycka kaplica, sala tronowa, dziedziniec z podcieniami... jest co oglądać, nie wspominając juz o pięknych o każdej porze roku ogrodach wokół budowli. Na szczęście budowla zachowała wiele ze swojej surowości i nie uległa zepsuciu przez przebudowy w późniejszych stylach...
No i ten widok na morze...
Pałac do dziś pełni funkcję królewskiej rezydencji letniej.
Czyż to nie piękny hełm?
Pięknie zachowane oryginalne stropy, jak również średniowieczne freski..
Gotycka kaplica św. Anny
Portal prowadzący do kaplicy pałacowej.
Piękne wnętrze kaplicy i jej rozeta.
Widok na katedrę, mieszczącą się zaraz obok.
I już przy bramie zewnętrznej..
I teraz krótki marsz do katedry...
Budowa katedry NMP rozpoczęła się zaraz po rekonkwiście na miejscu meczetu 1229 r. ale ostatecznie ukończono ją aż w 1601 r. ! Jej wspaniała gotycka bryła góruje nad całym wybrzeżem i robi zdecydowanie większe wybrzeże niż surowy w swoim stylu pałac.
Jest rzeczywiście imponująca, a wysokość nawy głównej (44 m) przewyższa katedrę Notre Dame w Paryżu czy katedrę w Reims, ustępując tylko najwyższej katedrze we francuskim Beauvais. Jest więc na co popatrzeć.
Dla miłośników architektury może też być interesujące, że w pracach przy restauracji katedry brał udział w latach 1901 - 1914 Gaudi i można to we wnętrzu dostrzec.
Katedra w promieniach zachodzącego słońca...
i w ciągu dnia...
Widok katedry od "tyłu" też robi wrażenie.
Boczny, zamknięty portal.
Główny portal też zresztą był zamknięty i wchodzi się od boku, od strony dziedzińca, który sam w sobie jest wart uwagi.
Pięknie brukowany dziedziniec przed wejściem.
Widok na dzwonnicę i bok katedry. Tu, u podstawy dzwonnicy wchodzi się do środka.
Sam głóny portal jest wielkiej urody, ale trudno go dobrze uchwycić na zdjęciu, ze względu na niewielką odległość dzielącą katedrę od murów pałacu.
Górna część, łuki podporowe, wieże przypominają koronkę...
A na samym szczycie statua NMP.
Piękny dziedziniec łączący katedrę w dawnym pałacem biskupim.
Wejście od strony wewnętrznego dziedzińca.
Zaraz przy wejściu rzuciła mi sie w oczy pełna gracji XIV w. figura Matki z Dzieciątkiem.
Nie brakuje także przykładów prawdziwej sztuki rzeźby w kamieniu.
Czy też przykładów mistrzostwa złotników.
Ta kaplica, będąca obecnie częścią wystawy eksponatów z skarbca katedralnego zachwyciła mnie swoim sklepieniem.
A tu kolejna, tym razem barokowa, piękność.
We wnętrzu katedry w Palma de Mallorca widziałam chyba najpiękniejsza grę świateł...
Tuż przy głównym ołtarzu są dwie kryte galerie pięknie dla osób, które nie powinny być "na widoku", prawdopodobnie dla zakonnic.
Chrzcielnica...
Główne wejście od środka.
I znacznie skromniejszy portal boczny w stylu klasycyzmu.
Co rzadko mi się zdarza moją uwagę przykuła też wspóczesna kaplica Najświętszego Sakramentu, dzieło artysty z Majorki, Miguela Barcelo.
Jeszcze jedno współczesne dzieło zatrzymało mnie w wędrówce - obraz ukrzyżowania.
A oto i baldachim, korona cierniowa, nad głównym ołtarzem, zaprojektowany przez Gaudiego.
A na zakończenie subiektywnej wędrówki, dwa szkielecior z talentami alpinistów.
Na koniec dodam, że katedra jest także miejscem spoczynku pierwszego króla Majorki, który dokonał jej rekonkwisty Jaume II i jego następcy Jaume III. Są one jednak dla publiczności niedostępne.
I tak dobrą kolacją w Can Picafort zakończył się pełen wrażeń dzień drugi. Następnego dnia wyruszamy w góry !
Majorka 2020 - wspaniała wyprawa w oparach surrealizmu - dzień 3
W stronę Serra de Traumuntana
Perspektywa jazdy w tych górach na prawdę dawała dodatkową dawkę adrenaliny. Nie są to góry bardzo wysokie, a i drogi są dobre, ale te widoki, ale te zakręty... czysta radość... Jak zwykle pojechaliśmy trochę na okrętkę, zaczynając od krótkiej wizyty w jedym z wielu sennym miasteczek, które najlepiej pozwalają zobaczyć prawdziwe, nie turystyczne, oblicze wyspy...
Wpadliśmy więc do Muro, gdzie odwiedziliśmy bardzo fajne Muzeum Etnograficzne urządzone w typowym domu zamożnej rodziny szlacheckiej. Na moment można się było przenieść w czasie i wyobrazić sobie jak się żyło przed erą współczesnego galopu... Może nie było tak wygodnie, życie było krótsze i bardziej kruche, ale czy na prawdę tak dużo zyskaliśmy? Żyjemy znacznie dłużej, ale w takim pędzie, że nie wiemy kiedy jest poniedziałek a kiedy następny piątek, rok skraca się nam do rozmiarów miesiąca, a potem przychodzi ta wyczekana emerytura, na której jest się sprawnym jak dobrze pójdzie parę lat, a reszta to historia narastających frustracji i ograniczeń, narastającej pustki i samotności, której kulminacją może być, jak w tamtym roku 2020, koszyczek z zakupami podawany na kiju w oparach strachu... Czy warto?
A więc Muro i muzeum w dawnym miejskim dworze, bo to mniej niż pałac, a więcej niż dom... W miasteczku jest wiele dobrze zachowanych starych domów, są też piękne kościoły, dawniej należące do zakonów.
Tutaj widać najstarszy zachowany, skromny kościółek z 1414 r.
Gdzieniegdzie oko przyciągają reliefy w kamieniu, pięknie rzeźbione ramy okien, czy drzwi.
Spotkaliśmy też taką słodką figurę...
W XVIII w. Zakon Braci Najmniejszych zbudował tu zespół klasztorny z kościołem Św.Anny. Mimo powstania w epoce późnego baroku, z zewnątrz bryła jest surowa, nawiązując do ascetycznego charakteru zakonu. Jedyna w zasadzie ozdobą jest główny portal, na szczycie którego stoi mocno przez czas zatarta figura św. Franciszka z Paoli, założyciela zakonu. Dawne budynki klasztoru obecnie mieszczą Centrum Kultury. Niestety zarówno kościół jak i klasztor były zamknięte na 4 spusty...
Najpotężniejszym zabytkowym budynkiem w mieście jest niewątpliwie kościół Św. Jana Chrzciciela, z przełomu XVI i XVII w. Potężna dzwonnica królująca nad miasteczkiem została dobudowana później i połączona z kościołem interesującym mostkiem.
Portal główny w zbliżeniu.
Portal boczny jest w lepszym stanie, chociaz oba wskazują już na potrzebę prac renowacyjnych.
Wejście do dzwonnicy.
Na ścianie możemy odnaleźć już trochę zatarty zegar słoneczny.
A przed kościołem potężny plac i naprzeciwko budynek ratusza, który umieściłam na samej górze opisu Muro.
No i na koniec spaceru po Muro zapraszam do Muzeum Etnograficznego. Dwór... a może już pałac miejski? Zbudowany w XVII w. (1670 r). Casa Alomar, mieści zbiory wyposażenia wnętrz z czasów późniejszych, głównie z wieku XIX. Jest tu np. wyposażenie dawnej pracowni aptekarskiej, kuchni, pokoi mieszkalnych, czy też narzędzi ogrodowych.
Wejście mi zaimponowało.
Bardzo stare systemy ogrzewania trzymały się przez tysiące lat - z podobnych mis na węgiel drzewny korzystali już starożytni.
Pięknie wyrzeźbiona szopka bożonarodzeniowa.
Dawne zabawki.
Domek dla lalek.
Bardzo ciekawa makieta z różnymi typami domów majorkańskich, od skromnych po całkiem imponujące.
Z tyłu zamknięty spory ogród.
A przy oknie można sobie na chwilę przycupnąć, są tu odpowiednie miejsca do siedzenia ....
I dalej w drogę, w drogę czas... Masz następny przystanek to Valdemossa, drugie co do popularności miejsce na Majorce po stolicy. Dla Polaków i wszystkich wielbicieli Chopina dodatkowo interesujące, ze względu na jego pobyt tutaj wraz z George Sand na przełomie 1838/39 r. Niewątpliwie jedna z najpiękniejszych miejscowości na wyspie, bogata w widoki i zabytki. Nie wszędzie dało się zajrzeć z powodów wiadomych dla 2020 r., ale i tak sporo zobaczyliśmy. Spacer zrobiliśmy porządny, obchodząc całe miasteczko, wędrując po także mniej znanych zaułkach i rzeczywiście.... jest tam pięknie.Miasteczko założył na początku XIV w. krój Majorki Sancho, który cierpiał na astmę i lepiej się czuł w swoim pałacu w górach. Pałac ten został przekazany w 1399 r. zakonowi Kartuzów i stał się trzonem zespołu klasztornego. Tutaj właśnie, parę lat po sekularyzacji i wyrzuceniu zakonników, mieszkał Chopin i George Sand. Teraz mieści się tu największa prywatna kolekcja chopinowska (cela nr. 2). Niestety, nie było dane nam jej zobaczyć, bowiem całe muzeum w dawnym klasztorze było zamknięte.
Wędrówkę zaczęliśmy od zaparkowania samochodu w centrum. Było to chyba jedyne miejsce na Majorce, gdzie musieliśmy chwilę poszukać aby zaparkować...
Tłoku także tu, jak widać, nie było...
Nigdzie nie odkryłam jaki to budynek zbudowany przy wieży obronnej zaraz obok klasztoru Kartuzów.
Oczywiście ciekawość zawiodła mnie na dziedziniec, ale i tak nic się nie dowiedziałam.
W oddali dzwonnica kościoła parafialnego, a za nią dalej jeszcze morze...
Jeszcze raz kościół parafialny z oddali.
Raz w górę, a raz w dół zaułkami starego miasta.
Trochę wody dla ochłody...
W labiryncie uliczek starówki znaleźliśmy malutą kamienną kaplicę wklejoną pomiędzy domy mieszkalne, poświęconą św Catalinie Thomas, zakonnicy i mistyczce, urodzonej tu, w Valdemossa w 1531 r. Sam kościólek urządzono w domu jej narodzin.
Dekoracje czekają już na święta?
Klasztor Kartuzów wznosi się ponad nami, czas zobaczyć co się da...
Blisko, blisko, coraz bliżej...
Kościół klasztorny w ogóle wygląda na opuszczony, nie tylko w czasach pseudo-pandemii.
Niestety, nie udało nam się zobaczyć kompleksu klasztornego, ani starego - czyli gotyckiego pałacu króla Sancho, który był zamieniony na klasztor do momentu wybudowania nowych budynków w XVIII w., ani też późniejszego zespołu.
Tak więc z największej atrakcji niewiele nam wyszło... ale za to weszliśmy do wspaniałych ogrodów obok klasztoru.
Na koniec, gdzieś zza siatki spogląda na nas pobłażliwie osiołek.
Po spacerze wokół weszliśmy jeszcze do kościoła parafialnego św. Bartłomieja, który widać w zasadzie z każdego zakątka miasta. Pierwszy kościół na tym miejscu powstał w 1245 r., został przebudowany i powiększony w XIV w. a potem na przestrzeni kolejnych stuleci przechodził wiele zmian. Dzwonnica została dobudowana później, a swój ostateczny kształt przybrała na początku XX w. Akurat w czasie naszego pobytu przechodziła prace konserwatorskie.
Pomału słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, ale postanowiliśmy wracać inną drogą, wzdłóż gór, przez miejscowość Deja.Na pierwszy rzut poszła Deia, malutkie miasteczko wśród gór, ze wspaniałymi widokami i tradycyjnymi kamiennymi drogami. Założyli je Maurowie, zaprowadzając tam system irygacji, który jest wykorzystywany po dzień dzisiejszy... To, że ta okolica zachowała się w stanie niezmienionym jest w dużej mierze zasługą księcia Luisa Salvadora, który po przybyciu na Majorkę w 1867 r. wykupił w zasadzie całą linię brzegową między Valdemossa i Deia, wprowadził zakaz wyrębu drzew i polowania, a także wyznaczył wiele szlaków turystycznych, istniejących po dziś dzień. Deia przyciągała wielu pisarzy i artystów, mieszkał tu przez dziesięciolecia Robert Graves, autor słynnych powieści historycznych, któremu i ja zawdzięczam miłość do antyku. Jako dziecko oglądałam serial Ja Klaudiusz, i antyk wrósł mi w duszę... Byłam w Deia krótko, ale ominąć go nie mogłam..
Nadjeżdżamy...
Tutaj widać najstarszy zachowany, skromny kościółek z 1414 r.
Gdzieniegdzie oko przyciągają reliefy w kamieniu, pięknie rzeźbione ramy okien, czy drzwi.
Spotkaliśmy też taką słodką figurę...
W XVIII w. Zakon Braci Najmniejszych zbudował tu zespół klasztorny z kościołem Św.Anny. Mimo powstania w epoce późnego baroku, z zewnątrz bryła jest surowa, nawiązując do ascetycznego charakteru zakonu. Jedyna w zasadzie ozdobą jest główny portal, na szczycie którego stoi mocno przez czas zatarta figura św. Franciszka z Paoli, założyciela zakonu. Dawne budynki klasztoru obecnie mieszczą Centrum Kultury. Niestety zarówno kościół jak i klasztor były zamknięte na 4 spusty...
Najpotężniejszym zabytkowym budynkiem w mieście jest niewątpliwie kościół Św. Jana Chrzciciela, z przełomu XVI i XVII w. Potężna dzwonnica królująca nad miasteczkiem została dobudowana później i połączona z kościołem interesującym mostkiem.
Portal główny w zbliżeniu.
Portal boczny jest w lepszym stanie, chociaz oba wskazują już na potrzebę prac renowacyjnych.
Wejście do dzwonnicy.
Na ścianie możemy odnaleźć już trochę zatarty zegar słoneczny.
A przed kościołem potężny plac i naprzeciwko budynek ratusza, który umieściłam na samej górze opisu Muro.
No i na koniec spaceru po Muro zapraszam do Muzeum Etnograficznego.
Dwór... a może już pałac miejski?
Zbudowany w XVII w. (1670 r). Casa Alomar, mieści zbiory wyposażenia wnętrz z czasów późniejszych, głównie z wieku XIX. Jest tu np. wyposażenie dawnej pracowni aptekarskiej, kuchni, pokoi mieszkalnych, czy też narzędzi ogrodowych.
Wejście mi zaimponowało.
Bardzo stare systemy ogrzewania trzymały się przez tysiące lat - z podobnych mis na węgiel drzewny korzystali już starożytni.
Pięknie wyrzeźbiona szopka bożonarodzeniowa.
Dawne zabawki.
Domek dla lalek.
Bardzo ciekawa makieta z różnymi typami domów majorkańskich, od skromnych po całkiem imponujące.
Z tyłu zamknięty spory ogród.
A przy oknie można sobie na chwilę przycupnąć, są tu odpowiednie miejsca do siedzenia ....
I dalej w drogę, w drogę czas...
Masz następny przystanek to Valdemossa, drugie co do popularności miejsce na Majorce po stolicy. Dla Polaków i wszystkich wielbicieli Chopina dodatkowo interesujące, ze względu na jego pobyt tutaj wraz z George Sand na przełomie 1838/39 r.
Niewątpliwie jedna z najpiękniejszych miejscowości na wyspie, bogata w widoki i zabytki. Nie wszędzie dało się zajrzeć z powodów wiadomych dla 2020 r., ale i tak sporo zobaczyliśmy.
Spacer zrobiliśmy porządny, obchodząc całe miasteczko, wędrując po także mniej znanych zaułkach i rzeczywiście.... jest tam pięknie.
Miasteczko założył na początku XIV w. krój Majorki Sancho, który cierpiał na astmę i lepiej się czuł w swoim pałacu w górach. Pałac ten został przekazany w 1399 r. zakonowi Kartuzów i stał się trzonem zespołu klasztornego. Tutaj właśnie, parę lat po sekularyzacji i wyrzuceniu zakonników, mieszkał Chopin i George Sand. Teraz mieści się tu największa prywatna kolekcja chopinowska (cela nr. 2). Niestety, nie było dane nam jej zobaczyć, bowiem całe muzeum w dawnym klasztorze było zamknięte.
Wędrówkę zaczęliśmy od zaparkowania samochodu w centrum. Było to chyba jedyne miejsce na Majorce, gdzie musieliśmy chwilę poszukać aby zaparkować...
Tłoku także tu, jak widać, nie było...
Oczywiście ciekawość zawiodła mnie na dziedziniec, ale i tak nic się nie dowiedziałam.
W oddali dzwonnica kościoła parafialnego, a za nią dalej jeszcze morze...
Jeszcze raz kościół parafialny z oddali.
Raz w górę, a raz w dół zaułkami starego miasta.
W labiryncie uliczek starówki znaleźliśmy malutą kamienną kaplicę wklejoną pomiędzy domy mieszkalne, poświęconą św Catalinie Thomas, zakonnicy i mistyczce, urodzonej tu, w Valdemossa w 1531 r. Sam kościólek urządzono w domu jej narodzin.
Dekoracje czekają już na święta?
Klasztor Kartuzów wznosi się ponad nami, czas zobaczyć co się da...
Blisko, blisko, coraz bliżej...
Kościół klasztorny w ogóle wygląda na opuszczony, nie tylko w czasach pseudo-pandemii.
Niestety, nie udało nam się zobaczyć kompleksu klasztornego, ani starego - czyli gotyckiego pałacu króla Sancho, który był zamieniony na klasztor do momentu wybudowania nowych budynków w XVIII w., ani też późniejszego zespołu.
Tak więc z największej atrakcji niewiele nam wyszło... ale za to weszliśmy do wspaniałych ogrodów obok klasztoru.
Na koniec, gdzieś zza siatki spogląda na nas pobłażliwie osiołek.
Po spacerze wokół weszliśmy jeszcze do kościoła parafialnego św. Bartłomieja, który widać w zasadzie z każdego zakątka miasta. Pierwszy kościół na tym miejscu powstał w 1245 r., został przebudowany i powiększony w XIV w. a potem na przestrzeni kolejnych stuleci przechodził wiele zmian. Dzwonnica została dobudowana później, a swój ostateczny kształt przybrała na początku XX w.
Akurat w czasie naszego pobytu przechodziła prace konserwatorskie.
Pomału słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, ale postanowiliśmy wracać inną drogą, wzdłóż gór, przez miejscowość Deja.
Na pierwszy rzut poszła Deia, malutkie miasteczko wśród gór, ze wspaniałymi widokami i tradycyjnymi kamiennymi drogami. Założyli je Maurowie, zaprowadzając tam system irygacji, który jest wykorzystywany po dzień dzisiejszy... To, że ta okolica zachowała się w stanie niezmienionym jest w dużej mierze zasługą księcia Luisa Salvadora, który po przybyciu na Majorkę w 1867 r. wykupił w zasadzie całą linię brzegową między Valdemossa i Deia, wprowadził zakaz wyrębu drzew i polowania, a także wyznaczył wiele szlaków turystycznych, istniejących po dziś dzień.
Deia przyciągała wielu pisarzy i artystów, mieszkał tu przez dziesięciolecia Robert Graves, autor słynnych powieści historycznych, któremu i ja zawdzięczam miłość do antyku. Jako dziecko oglądałam serial Ja Klaudiusz, i antyk wrósł mi w duszę... Byłam w Deia krótko, ale ominąć go nie mogłam..
Nadjeżdżamy...
Majorka 2020 - wspaniała wyprawa w oparach surrealizmu - dzień 4
Marineland, Lluc - dawne duchowe serce Majorki... i inne fascynujące miejsca ...
Tego dnia jeździliśmy trochę zygzakiem... Najpierw coś dla oka, czyli wizyta w Marineland. Od nas - na drugim końcu wyspy, niedaleko Palma. Chciałam zobaczyć z bliska delfiny i udało się ! Widzieliśmy też inne piękne stworzenia, ale niewątpliwie występ zespołu delfinów i ich opiekunów wart był wizyty ! Siedziałam tak zafascynowana, że z występu nie zrobiłam zdjęć, syn zresztą tez nie, ale miejsce piękne więc trochę zdjęć wrzucę. ...
Może do góry nogami jest właściwym punktm widzenia...
Po uczcie dla oka i posiłku dla ciała pojechaliśmy dokarmić ducha... A w międzyczasie zrobiło się już popołudnie.
Każdy z europejskich narodów, a nawet regionów miał kiedyś swoje cenrum duchowe, którego energia podtrzymywała jego byt. U nas ciągle jeszcze jest stosunkowo żywe sanktuarium na Jasnej Górze. Mnie osobiście nie poruszyło jakoś specjalnie, ale doceniam jego głębokie znaczenie dla trwania i żywego ducha tej ziemi. Na Majorce odpowiednikiem Jasnej Góry jest Lluc. Jego znaczenie ciągle spada, co wiąże się z postępującą sekularyzacją Hiszpanów, ale wciąż jeszcze w sierpniu, tak jak w Polsce, przybywają tu licznie pielgrzymi.
Ja widziałam je w czasie, gdy ludzie okowami strachu i zarządzeniami władz byli przykuci do progów swoich domów i turystów dotarła tu garstka. Dzięki temu można było chłonąć atmosferę i energię tego miejsca bez pośpiechu...
Lluc leży się u stóp gór Traumuntana, w otoczeniu gajów oliwnych i pól uprawnych. Klasztor stoi w sąsiedztwie niewielkiej miejscowości, która w żadnej mierze nie przypomina rozrośniętej Częstochowy. Z wzgórza, na którym stoi potężny krzyż, wystawiony jak głosi tradycja, przez pątników z Jerozolimy, rozciąga się niezakłócona panorama na góry i okolicę. Przy samym klasztorze jest interesujący ogród botaniczny z figurami wyrzeźbionymi przez mnichów. W samym kompleksie klasztornym można wynająć celę na czas pobytu, a także pożywić się w dobrej restauracji.
Może do góry nogami jest właściwym punktm widzenia...
Sercem kompleksu jest znakomicie zachowana i pełna skarbów bazylika. Obecny kształ nadano jej w XVI w. łącząc elementy stylu renesansu i baroku. Mieści legendarną (jak obraz Czarnej Madonny) figurę Czarnej Marii, Matki Bożej. Lluc słynie także z chóru dziecięcego Els Blauets. Jego początki sięgają czasów założenia sanktuarium, a w XVI w powstała szkoła chóralna odpowiedzialna za kształcenie 6 chłopców, śpiewających codziennie na chwałę Matki Bożej. W normalnych czasach można chór (dziś mieszany) usłyszeć w dni powszednie o 13.15 śpiewających Salve Regina. W niedziele i święta zapewniają oprawę muzyczną podczas mszy i nabożeństw. W czasie Świąt Bożego Narodzenia jeden z członków chóru odśpiewuje również Pieśń Syblińską (El Cant de la Sybil), która to tradycja trwa nieprzerwanie od średnowiecza. Taka ciągłość robi wrażenie... Klasztor powstał, jak twierdzi tradycja, na żądanie Czarnej Madonny. Jej figurka, znaleziona przez pasterza, została umieszczona w kościele w sąsiedniej miejscowości, skąd zniknęła i została odnaleziona w pierwotnym miejscu. To powtarzało się 3 razy i w końcu klasztor założono dokładnie tam. Sanktuarium leży pośrodku doliny położonej już na wysokości 525 m npm, wychodzą z niego liczne trasy trekkingowe i rowerowe.
Ta maleńka kapliczka upamiętnia miejsce znalezienia figury Czarnej Madonny (La Moreneta).
Piękny, skomplikowany, zegar słoneczny.
Plac Pielgrzymi przed klasztorem.
Korytarzee klasztorne. Można tu wynając celę, liczba mnichów spada, więc cel do wynajmu jest pod dostatkiem...
Dziedziniec zespołu klasztornego.
Fasada sanktuarium robi wrażenie raczej poprzez niewielką ilość ozdób, tak naćkanych na wielu barokowych i renesansowych kościołach Europy. Jest to zresztą cecha charakterystyczna kościołów na wyspie, może poza Katedrą w Palma.
Wejście do sanktuarium.
Figura umieszczona jest w centrum ołtarza głównego.
Cisza i spokój ...
W sumie to nie był jeszcze koniec dnia... chociaż słońce wyraźnie chyliło się ku zachodowi. Jednak przejechaliśmy jeszcze trochę górskimi drogami, aby ostatnie promienie słońca złapać w ślicznym górskim miasteczku Fornalutx, gdzie zjedliśmy kolację, a potem wróciliśmy do bazy... W Fornalutx, które zostało założone jako miasteczko gdzieś w XIII w. są świetnie zachowane strome uliczki, kościółek o fundamentach z XIII w, wielkokrotnie przebudowywany, ale zachował swoją zasadniczą, prostą formę. Jest też ratusz z wieżą obronna z XVI w. Jest też parę klimatycznych, fajnych restauracji. W jednej z nich załapaliśmy się na kolację...
Historia tego kościółka sięga XIII w.
Po górkach i dołkach trzeba sobie przysiąść.
Ratusz z wieżą obronną.
Knajpki są otwarte na zewnątrz mimo października...
Ostatnie promieni słońca chowaja się na górami...
I koniec dnia czwartego....
Ta maleńka kapliczka upamiętnia miejsce znalezienia figury Czarnej Madonny (La Moreneta).
Piękny, skomplikowany, zegar słoneczny.
Plac Pielgrzymi przed klasztorem.
Korytarzee klasztorne. Można tu wynając celę, liczba mnichów spada, więc cel do wynajmu jest pod dostatkiem...
Dziedziniec zespołu klasztornego.
Fasada sanktuarium robi wrażenie raczej poprzez niewielką ilość ozdób, tak naćkanych na wielu barokowych i renesansowych kościołach Europy. Jest to zresztą cecha charakterystyczna kościołów na wyspie, może poza Katedrą w Palma.
Wejście do sanktuarium.
Figura umieszczona jest w centrum ołtarza głównego.
W sumie to nie był jeszcze koniec dnia... chociaż słońce wyraźnie chyliło się ku zachodowi. Jednak przejechaliśmy jeszcze trochę górskimi drogami, aby ostatnie promienie słońca złapać w ślicznym górskim miasteczku Fornalutx, gdzie zjedliśmy kolację, a potem wróciliśmy do bazy...
W Fornalutx, które zostało założone jako miasteczko gdzieś w XIII w. są świetnie zachowane strome uliczki, kościółek o fundamentach z XIII w, wielkokrotnie przebudowywany, ale zachował swoją zasadniczą, prostą formę. Jest też ratusz z wieżą obronna z XVI w. Jest też parę klimatycznych, fajnych restauracji. W jednej z nich załapaliśmy się na kolację...
Historia tego kościółka sięga XIII w.
Po górkach i dołkach trzeba sobie przysiąść.
Ratusz z wieżą obronną.
Knajpki są otwarte na zewnątrz mimo października...
Ostatnie promieni słońca chowaja się na górami...
I koniec dnia czwartego....
Komentarze
Prześlij komentarz