Tunezja kwiecień 2008
Kraina innego światła...
Lądujemy późnym popołudniem. Wychodzimy na płytę lotniska i przez ten krótki odcinek do autobusiku wciągam chciwie powietrze. Nieważne, że ma odpowiednią zawartość spalin, tak jest na każdym lotnisku, ale i tak jest inne, jest w nim ciepło i zapach kwiatów, chociaż to tylko kwiecień, a my zostawiliśmy za sobą dość zimną, wietrzną i deszczową pogodę...
I światło jest inne, zawsze na południu jest inne, im bardziej w kierunku równika, tym ciemność jest bardziej przejrzysta, inny jest błękit nieba, inaczej świecą gwiazdy. Bardzo to jest odczuwalne, gdy przejeżdża się Alpy samochodem i nagle, po wychynięciu z długiego tunelu po włoskiej stronie gór zostawia się za sobą ciężkość i szarość zaalpejską i oddycha się powietrzem z większą ilością blasku, że tak to ujmę...
To już 10 lat od mojej pierwszej wizyty w Tunezji. Tym razem nie przyjechałam sama, ale przywiozłam cały mały oddziałek - jestem ja, moja Mama, przyjaciółka Mamy, moja kumpela i najstarszy syn w wieku lat 14, jako nasz opiekuńczy mężczyzna. Dla niego to pierwsza dalsza wyprawa zagraniczna. Złapie rodzinnego bakcyla historycznego czy nie? Oto jest pytanie...
Wieczorem dojechaliśmy do naszego hoteliku w Naebul, takiej pełnej przeciętności. Pokoje miał czyste i dość duże, wokół stały podobne obiekty. W sumie o to nam chodziło, by mieć miejsce do spania i śnadania, bo całe dnie miało i tak nas nie być. Cudowne było, że do śnadania w kwietniu podawano miejscowe truskawki, prawdziwe, nie barwione kolosy bez smaku, tylko małe, pyszne prawdziwe pachnące truskawki....
Naebul to miasto u podnóża Cap Bon, półwyspu będącego od czasów starożytnych spichlerzem nie tylko kraju. W czasach imperiów punickiego i rzymskiego, a także potem eksportowana stąd ogromne ilości pszenicy i innych płodów rolnych. Dziś jest znacznie skromniej, ale klimat jest tu łagodniejszy, a plony ciągle wyższe...
Sam Naebul słynie z ceramiki tradycyjnej. Patrząc na starsze części miasta trudno wyobrazić sobie, że jest to starożytne Neapolis, założone przez Greków z Cyreny w V w pne, potężny port, który kwitł do lipca 365 r. kiedy to znaczną część miasta zmiotło i zatopiło tsunami idące z Krety....
Jedak miasto podniosło się, przeżyło najazd Wandalów, doczekało się powrotu Rzymu Wschodniego (znanego nam jako Bizancjum), dopiero dobił go najazd islamski.... Dziś po wielowiekowej historii nie ma śladów, miasteczko jest dość senne i niczym poza ceramiką się nie wyróżna... Jako punkt wypadowy było świetne.
Po pierwszym śnadaniu wyruszyliśmy szukać wypożyczalni samochodowej. Trochę chodzenia i po godzinie siedzieliśmy już w całkiem przyzwoitym peugeociku, który nas dowiózł w wiele pięknych miejsc. Jako że tak pilnie wyczyściłam torbę ze zbędnych papierów, że wzięłam tylko paszport a zostawiłam prawo jazdy, całe 2000 km po tunezyjskich drogach i dróżkach spadło na barki mojej przyjaciółki Teresy, kobiety drobnej acz nieugiętej i świetnego kierowcy. Bez niej przyszłoby nam chodzić piechotą, bo reszta odpowiednich dokumentów nie miała...
Centralne skrzyżowanie Naebulu, a na środku gigantyczna ceramiczna waza z pięknym drzewem.
Tutaj rzeczona waza z bliska... obok niej widać przechodzących ludzi, daje to pojęcie o jej wielkości.
Najwyższy budynek w promieniu wzroku to oczywiście miranet... zresztą chyba i najładniejszy...
Oto i nasz hotelik, zaraz przy plaży, z ładnym ogrodem, żadne cudo ale przyjemne miejsce.
Komentarze
Prześlij komentarz